W tym tygodniu pokazywałam Wam mydełka przygotowane dla podróżników.
Ostatnim, które chciałabym zaprezentować, to pachnące lawendą mydełko „paryskie”.
Na początek krótkie wprowadzenie, gdyż z Paryżem wiążą mnie szczególne wspomnienia.
Nie była to miłość od pierwszego wrażenia (tą pozostaną chyba na zawsze Dolomity).
Pierwszy raz odwiedziłam stolicę Francji zawodowo i nie miałam żadnych oczekiwań wobec tego miasta.
Wiedziałam, że Ci którzy Paryż odwiedzili byli zachwyceni i bałam się rozczarowania.
Był koniec lutego, a miasto spowijała delikatna mgiełka. Wszystko było biało-szare: budynki, ulice, niebo…
A miasto… mnie zauroczyło.
Czy była to kwestia rozbrzmiewającej w mych uszach muzyki z filmu Amelia, czy zapach, który wciąż czuję, a którego nie udało mi się (póki co) odnaleźć w żadnej perfumerii… A może czająca się za progiem wiosna? Po tygodniu spędzonym nie tylko na pracy i zwiedzaniu głównych atrakcji (tj.: Luwr, Museo d’Orsay, Katedra Notre Dame, Wieża Eiffle, Cité des Sciences et de l’Industrie, Centrum Pompidou i wielu innych), ale i na spacerach nad Sekwaną, i na błąkaniu się po parkach i uliczkach wiedziałam, że chcę tam wrócić z moją lepszą połówką.
Druga wizyta, mimo że od pierwszej dzieliło ją tylko kilka lat, była zupełnie inna, i to nie tylko za sprawą towarzystwa, pory roku oraz okazji, która nas do Paryża ściągnęły. Z chodników miasta zniknęły wszechobecne… psie kupy (czytaliście „Merde! Rok w Paryżu” Stephena Clarke?), pojawiły się za to toalety.
W moich uszach wciąż brzmiała muzyka z Amelii, a i pogoda była spójna z obrazami z filmu.
Sierpień miał się powoli ku końcowi i w mieście było mnóstwo nowożeńców.
Może za ich sprawą unosiliśmy się kilka centrów nad ziemią?
A może za sprawą naszych własnych emocji?
Wtedy to odkryłam inny Paryż – podziemny.
Kto nie jeździł paryskim metrem nie zwiedził tego miasta w 100%.
Każda stacja jest inna. Szczególnie wbiła mi się w pamięć jedna, która przypominała wnętrze łodzi podwodnej, cała wyłożona miedzianymi płytami. Zapamiętaliśmy nazwę stacji i wróciliśmy na nią, ale… stacja wyglądała inaczej. Dlaczego? Bo to nie przystanek tramwajowy, czy autobusowy. Stacje metra różnych linii są położone na różnych poziomach i mają inny wystrój. W końcu jednak ją odnaleźliśmy i to nie za sprawą czarów;)
Innym razem idąc w kierunku Bazyliki Sacre Coeur (od Place de la Republique) znaleźliśmy się na ulicy, na której królowały sklepy z ubraniami ślubnymi.
Nie, nie tylko z sukniami, choć i tych było sporo, ale i garniturami we wszystkich kolorach, fasonach i rozmiarach.
I w moim rodzinnym mieście, Łódzi, znajdziecie ulicę (a właściwie jej fragment) na której rozsiadło się w swym bliskim sąsiedztwie kilka salonów sukien ślubnych, ale na tej ulicy sklepów tych było kilkadziesiąt. Skręcając w bok przenieśliśmy się do Azji. Podobnie stało się w okolicach Sorbony z tym, że tam przenieśliśmy się za sprawą imigrantów noszących tradycyjne stroje do Afryki. Takie skoki w przestrzeni, ale i w czasie towarzyszyły nam przez cały pobyt w tym niezwykłym mieście.
Szczególnym odkryciem było Muzeum Historii Naturalnej i jego przepiękne ogrody z monokolorowymi rabatami.
Przede mną kolejna wizyta w Paryżu, tym razem kulinarna.
Mam nadzieję, że wcześniej lub później, uda mi się ją zrealizować:)
A przechodząc od wizyty w realnym mieście do prezentu dla miłośniczki Paryża…
Symbolem miasta jest Wieża Eiffle, ale… mimo że wysoka nie jest widoczna z każdego punktu miasta.
Możecie znajdować się niemalże u jej stóp i jej nie dostrzec (to trochę tak jak z Pałacem Nauki i Kultury w Warszawie).
Symbolem Paryża Wieża jednak jest i dlatego postanowiłam uwiecznić ją na mydełku:
Zanim powstało musiałam dobrać kolor „lawendowy”.
Ale jaki to właściwie kolor? Tu narodziła się dyskusja o fioletach o tym odcieniu
Prościej było z dobraniem dla mydełka zapachu;)
A jak mydełko powstało?
Wpierw musiała powstać wieża
A potem już wystarczyło wylać warstwę przezroczystą, zatopić wieżę, ułożyć tło, zalać… Technikę dokładnie opisałam w poniedziałkowym wpisie
Na koniec jeszcze jedno zdjęcie.
A jutro zaczynam „rozpakowywać” kolejne prezenty, które znalazły się pod choinką.
Tym razem dla miłośników czworonogów (a może i nie tylko?)