O biciu piany

Przedwczoraj było o duszeniu, a dzisiaj będzie o biciu piany.
Nie doszukujcie się związku z kampanią wyborczą, wyborami, czy z ich wynikiem;)
Pozostaję w kuchni starając się chronić moje kruche zdrowie psychiczne.
Zdrowotności zaś jak wiadomo (wymówka, ale przyznacie, że nie najgorsza) oraz smakowi (powód właściwy) mają służyć nalewki, a do nalewki należałoby coś zaserwować, np. ciasto.
Powoli zbliżam się do sedna.
Jeśli owym ciastem jest biszkopt, to wymaga on ubicia piany, piany z białek rzecz jasna. Rzekomo nie można ubić piany z białek jeśli do owego białka dostanie się choćby odrobina żółtka. Wierzyłam w to i zawsze starannie oddzielałam białka od żółtek. Czasami oddzielanie szło gładko, a czasami tragicznie. Choćby podczas ostatniego pieczenia. Oddzieliłam jedno białko, potem drugie, a przy trzecim… wpadka. Rozbijałam 6 jajek, więc uznałam, że piana z trzech białek mi wystarczy. Oddzieliłam jedno białko, potem drugie, a przy trzecim… powtórka. Poddałam się. Włączyłam mikser i… ku mojemu zdziwieniu białko zabrudzone żółtkiem ubiło się nie gorzej niż samo białko, czyli ubiło się perfekcyjnie. Gdybym ubijała białka na lukier, albo na bezę, to nie zdecydowałabym się na taką operację, ale skoro do biszkoptu i tak razem trafiają białka i żółtka…
Podsumowanie: obaliłam mit o tym, że białka z odrobiną żółtka się nie ubije