Pojawiły się i zniknęły, więc zdjęć nie będzie.
Pamiętam kiedy pierwszy raz zjadłam kluski śląskie, które stały się ideałem. Było to na ślubie mojej Przyjaciółki (Lideczko – buziaki przesyłam). Ani ona, ani jej mąż (buziaki i dla Ciebie Mariuszu) nie pamiętają tychże klusek, a jest co wspominać. Próbowałam różnych przepisów i nigdy kluski nie zbliżały się do mojego ideału.
Aż pewnego dnia Makłowicz w swym programie podała przepis, który wyglądał tak prosto, że aż niemożliwym było, aby to miał być ten. Jednak go wypróbowałam i nawet nie próbuję go modyfikować. Jak już pisałam lubię eksperymenty, ale w przypadku klusek śląskich po wypróbowaniu tejże receptury zaprzestałam testów.
Czy zdradzę przepis? Oczywiście:)
Obieram ziemniaki (dużo, bo klusek jest zawsze za mało), najlepiej któryś z bardziej mączystych gatunków, raczej nie młode (bo są wodniste), gotuję w osolonej wodzie do miękkości.
Ubijam (ostatnio używam do tego praski) wykładam na miskę i dodaję mąki ziemniaczanej.
I to co jest sekretem przepisu, to to jak odmierzyć właściwą ilość mąki. Otóż dzielę ziemniaki w misce na 4, wyjmuje 1/4 a w to miejsce wsypuję mąkę. Teraz wystarczy zagnieść krótko ciasto (lekko się rozsypuje, to normalne), uformować niewielkie kulki, w których kciukiem robi się dziurkę. Wrzucam na wrzącą osoloną wodę i gotuję do momentu, w którym wypłyną.
Do tego duszone żeberka i ugotowane buraczki….
SMACZNEGO:)