Macie tak, że wszystko leci Wam z rąk, potykacie się o własne nogi i nie możecie przypomnieć sobie najprostszych słów?Takie dni kiedy nic, ale to nic Wam nie wychodzi?
Dobrze jeśli są to tylko pojedyncze dni.
Niestety prawo serii potrafi takie zdarzenia kumulować.
Wpierw włamywałam się do własnego domu, bo klucze od domu zostały w warsztacie samochodowym razem z samochodem (a warsztat kiedy dotarłam do domu był już zamknięty). Dzięki temu potrafię już nie tylko wprawić szybę, ale i ją zdemontować;)
Potem miałam niefortunne spotkania z kosmetykami (producent farby do włosów zdecydował się zapakować swoje składniki tak, że udało mi się połączyć balsam z farbą, a po zmyciu tej mieszanki w miejsce balsamu wylać sobie na głowę sam rozjaśniacz; a w sklepie z kosmetykami udało mi się zmyć pomadkę zmywaczem do paznokci).
A to co wkładałam do pieca wychodziło nie tak jakbym sobie tego życzyła.
Chciałam poeksperymentować z kształtem. Prawie udało mi się stworzyć okrągłą przywieszkę, ale po pierwsze dichroic spłynął na jedną część, a po drugie sznurek się zerwał skutecznie blokując otwór
Czerwona przywieszka przybrała nawet całkiem oryginalny kształt, ale… kolorystycznie nie spełnia moich oczekiwań. Może nie jest beznadziejnie, ale… nie tak miało być;)
Czarna… dichroic spłynął – co wyraźnie widać, ale problemem jest to czego nie widać. Zbyt długi przytrzymałam szkło w piecyku i z jednej strony szkło spłynęło z niego tworząc otwarty i zadziorny otwór…
O ile w technice Tiffaniego efekt jest przewidywalny, choć sam proces niezwykle pracochłonny, o tyle w fusingu efekt bywa nieprzewidywalny. Czasami wychodzi nieoczekiwanie dobrze, a czasami… czasami nie.
Jak w życiu