Nieobecności…

Posted on Posted in Blog Kulinarny, Blog manualnie, Główna

Mam wrażenie, że rzadko ktoś do mnie zagląda…

(wolę nie potwierdzać, choć oczywiście mogę sprawdzić statystyki wejść)

Czasami to mnie demotywuje, z reguły jednak nie, bo ta strona to taka forma pamiętnika, własnej książki kucharskiej (zamiast szukać przepisu w szufladzie, wrzucam zapytanie w przeglądarkę – serio;), ale i prezentacji tego co robię. Skąd więc przerwa? No cóż, w styczniu zderzyłam się (nie tylko ja) z bolesną stroną naszego życia. Nagle zadziało się tyle, że nie byłam w stanie usiąść i czegoś napisać (choć czasami pisałam „w głowie”). Nie wchodziłam do pracowni, nie tłumaczyłam… Gotować gotowałam, bo w tym przypadku przerwy od życia zrobić się nie da. Moją odskocznią był i jest mój wehikuł, który bezszelestnie, bądź z niewielkim skrzypieniem (w zależności od humoru mojego jednośladu) pozwalał w jakimś stopniu odganiać straszki i strachy.

Kiedy siadałam dzisiaj do pisania sprawdziłam kiedy umieściłam ostatni wpisy i o czym były.

Przedostatnim był wpis z życzeniami noworocznymi i moimi planami…
Znacie pewnie powiedzenie: „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach”?
Wierzę, że mimo wszystko trzeba planować i marzyć, bo tylko tak jesteśmy w stanie iść do przodu i podejmować działania. W moim przypadku projekty związane ze stroną, tłumaczeniami, pomysłami na witraże itp. utknęły. Chcę myśleć, że po prostu uległy zawieszeniu.

A póki co pedałuję i staram się znajdować pozytywne strony tego co się dzieje.
Żadna ze mnie optymistka, ale aby utrzymać się na powierzchni potrzebuję widzieć te jasne strony życia.

Czasami nawiązuję do filmu The Bucket List, choć stoję na stanowisku, że jest on swego rodzaju przestrogą dla tych, którzy odkładają realizację marzeń na zaś, albo którym z pola widzenia znika to co dla nich ważne. Jednym z punktów zwrotnych w moim życiu – nie takim o 180 stopni, ale korygującym ścieżkę, którą kroczyłam – był moment, w którym moja przyjaciółka mierzyła się z chorobą nowotworową. Ani przez chwilę nie wątpiłam, że poradzi sobie (tak się stało), ale dało mi to wtedy dużo do myślenia, szczególnie, że miałam świadomość iż równie dobrze to mogłabym być ja. Że to egoistyczne? A czy ktoś z Was mógłby ze spokojnym sumieniem przyznać, że w takich sytuacjach nie myśli się i o sobie? Czy to choroba, śmierć, utrata czegoś cennego… zawsze chodzi o nas. Kwestią jest, co w takim przypadku znajduje się na pierwszym planie i jak postępujemy.

Tamta historia wiele dobrego wniosła w moje życie. Dzięki niej robiłam wiele mniej lub bardziej zwariowanych rzeczy, zaczęłam zwiedzać świat, zdobyłam umiejętności i wiedzę mniej lub bardziej przydatną. Dzisiaj mam sporo więcej lat, moja lista życzeń nie jest już tak długa jak kiedyś, mam też świadomość, że nie wszystko jest tak samo ważne. Moim paliwem jest odkrywanie i doświadczanie, ale już nie za wszelką cenę. Staranniej dobieram wyznaczane cele, ale mam świadomość, że wszyscy ludzie, których spotkałam na swojej drodze, każde, choćby malutkie doświadczenie, zostawiło we mnie jakiś ślad. Czy z perspektywy czasu to, że uczyłam się chodzić na szczudłach, skończyłam kurs spadochronowy i oddałam aż jeden skok, spałam na pustyni, wspięłam się na dość wysoką ścianę, wyprowadziłam „pod las”, nauczyłam się witrażownictwa, skończyłam hobbystycznie studia, odwiedziłam kilka mniej lub bardziej egzotycznych miejsc – żeby podać tylko kilka przykładów – ma jakieś znaczenie? Czy to tylko wypełniacz czasu? Myślę, że to jak z przeczytanymi przez nas książkami, czy obejrzanymi filmami.  W jakimś stopniu jesteśmy sumą doświadczeń i  ten bagaż odbija się na tym jak rozmawiamy z innymi ludźmi, co możemy z siebie dać, jak traktujemy życie.

A bywa ono tak krótkie…

Nie zawsze da się nim cieszyć, czasami bywa okrutne, ale z pewnością warto dostrzegać wszystko to co los nam daje: każde spotkanie z drugim człowiekiem, każdy promyk słońca, budzący nas o świcie trel słowika (wszak lepiej niż budzika;). Ta druga strona zawsze jest, ale jej nie da się nie zauważyć.

Strach… zawsze będzie nam towarzyszyć. Gdy uświadamiamy sobie co mamy i co moglibyśmy utracić… Jest jednak ta druga strona, bo przecież jest coś czego utraty się obawiamy – taka ze mnie optymistka;)

Mam nadzieję, że za chwilę pojawię się znowu, bo pomysłów mi nie brakuje.
Chciałabym napisać o zupach bez których nie wyobrażam sobie mojej diety, szykuję też na poniedziałek (najbliższy) wpis niespodziankę z poletka, które tutaj nie gościło, a które stanowi większą część mojego życia, a mianowicie języka włoskiego. To wpis zarówno dla tych, którzy włoski znają, nie znają a chcieliby się go nauczyć, ale i dla tych, którzy o nauce tego języka nigdy nie myśleli.

Dzisiaj życzę Wam cudownego dnia, w którym będziecie się cieszyć… drobiazgami:)

Ogromne uściski!

A jeśli chcecie podzielić się swoimi refleksjami, to zapraszam na FB, albo… dzwońcie lub piszcie: info@wolniodnudy.pl