A pić się chce (1): sok brzozowy

Posted on Posted in Blog Kulinarny, Główna

O jedzeniu można zapomnieć, ale pragnienie bywa natrętne.

Nie, nie będę pisać o nalewkach, nie o takim piciu mowa;)
Choć na marginesie nalewki „dochodzą” i czekają na degustację.

Kiedy dopada mnie pragnienie sięgam po różne i różniste napoje.
Kiedy pragnienie jest podszyte głodem z reguły są to napoje mleczne typu maślanka, wspominany przeze mnie Ayvar, albo jogurt. Kiedy głód się nie czai za plecami gaszę je, to pragnienie znaczy się wodą. I tu pojawia się problem, choć właściwie być go nie powinno. Otóż często zdarza się, że dostępna jest tylko Kropla Beskidu. Pijam różne wody minaralne niegazowane, mam ulubione (ale o tym kiedy indziej), ale tej konkretnej nie jestem w stanie wypić. UWAGA: to moja subiektywna opinia, każdy ma swój smak i każdemu co innemu do niego przypada.
W takich przypadkach, nierzadkich, jako że Kropla Beskidu należy do koncernu Coca Cola (wolę Pepsi, ale Coca Colę pijam, napiszę zresztą o porównaniach tych dwóch marek i o tym jak smak potrafi człowieka zawieźć w najdziwniejszych momentach) szukam innych napojów. W jednym z moich „źródełek”, w których nie mam „mojej” wody jest za to sok brzozowy. A sok brzozowy i owszem pijam. Pijam, pijać będę, będę polecać jego pijanie (ze względu na smak, tak jak pisałam wartości odżywcze, czy zdrowotne pozostają poza obszarem moich zainteresowań), a pewnie wraz z wiosną zacznę go „produkować”. W cudzysłowie jest i ma tak pozostać, bo brzozą nie jestem i soków nie puszczam.
Owo pijanie soku brzozowego ma dość ciekawą historię (wspominkową z mojego życia, jeśli moje życie Was nie interesuje zaprzestanie czytania bloga, blog jest w dużej mierze uzewnętrznieniem się i pewnie takim ekshibicjonistyczną relacją fragmentu mojego życia pozostanie). Otóż lata temu, dziecięciem będąc, trafiłam do dalekiej krainy. Dzisiaj pozostaje ona równie odległa jak wówczas, a leży gdzie tam, na wschodzie, gdzie niebieskie kopuły cerkwi, gdzie latem dzień praktycznie się nie kończy, gdzieś tam w lasach regionu o jakże poetyckiej nazwie Золотое кольцо России (Złoty Pierścień Rosji dla nieobeznanych z językiem wielkiego sąsiada) spędzałam wakacje. „Ku zdrowotności” pojono (może to na wyrost słowo, bo napitku było mało, za to piany dużo) mnie sokiem z brzozy. Sok był świeżutki, z garnków jakiś się brał. Nie wiem jakie czary nad tym napitkiem odprawiano, ale miał magiczną moc… smaku. Jeśli miał jakieś inne właściwości, no może poza właściwościami pobudzającymi, bo spać mi się nie chciało przez cały miesiąc, ale raczej było to wywołane działaniem słońca, to nie byłam w stanie ich zauważyć. Był jednak bardzo smaczny i zostawił w mej pamięci wspomnienie długich nocy, melodii języka Puszkina i jeszcze kilku innych rzeczy o których wspominać tu nie będę. Minęły lata i na polskim rynku pojawił się sok brzozowy. Zabutelkowany, schłodzony i sprzedawany, no cóż, w cenie. Jako że budził piękne wspomnienia, to sięgnęłam po niego raz i drugi. Z czasem pamięć o rosyjskich borach zeszła na plan dalszy, a o przywiązaniu zadecydował smak. Pijam sok marki Cymes. Trochę dlatego, że akurat ten jest dostępny. Kosztuje sporo, bo za 250ml płacę 4,2zł, ale tego typu napoje nie są tanie, a ten jest bardzo smaczny.

sok brzozowy

Mając wybór sięgnęłam po inny, a dokładnie po sok Oleofarmu i… fuj. Być może dlatego, że nie miał dodatku cukru, ale nie miałam śmiałości, aby kupić drugi raz sok tej samej firmy tyle, że z cukrem. Żeby sprawdzić jak to faktycznie z tym sokiem jest ponowiłam próbę z sokiem firmy Herbar. Smak jak tego marki Cymes, czyli duży plus:)
To tyle w temacie butelkowanych soków z brzozy.
Wiosną zrobiłam małą dziurkę w jednej z moich brzózek (po kryjomu, bo moja połówka nacinanie drzew, szczególnie naszych, traktuje osobiście) i… pociekło. Smak jest podobny do tego butelkowanego. Jest również lekko słodki (a więc z tym z Oleofarmu w którym dominuje smak kwasku cytrynowego jest coś nie tak).
Na wiosnę spróbuję drzewom podkraść tego soku nieco więcej i odstawić na chwilę butelki.
A więc do tematu powrócę.

 

A w zapowiedziach ciąg dalszy tematu napojów.
Napiszę o sokach pomidorowych i nowościach, a następnie o napojach gazowanych w typie „coli”.